Menu

MARTA PIWOŃSKA
III NAGRODA  w IV EDYCJI WOJEWÓDZKIEGO KONKURSU „ZAWÓD REPORTER”
organizowanego przez Powiatowy Młodzieżowy Dom Kultury w Lubartowie
pod patronatem Lubelskiego Kuratora Oświaty i Gazety Wyborczej
w kategorii szkół ponadgimnazjalnych - reportaż literacki

CHICHOT LOSU*

    Wśród obcych szybko przemyka w zacieniony kąt niczym drapieżny, czarny kot. Jest świadoma tego, że tak jak ten niezbadany zwierz wywołuje u większości ludzi strach i zakłopotanie. Takie dzikie kocury włóczą się po „swoich” niezgłębionych przez nikogo innego ścieżkach między zaroślami, utkanymi z ociekających deszczem gałęzi, spadających z drzew zgniłych liści i kłócących się chwastów. Aby przeżyć, muszą zwinnie poruszać się w środowisku pełnym wrogów. Nigdy nie wiadomo, czy za kotem walczącym o przetrwanie nie czai się inny niszczyciel, czekający, aby go zranić.

    Nieoswojony kot zna swoje zagrożenia, ale pomimo to przychodzi czasami pod nagrzane słońcem drewniane schody dobrych ludzi. Przemknąwszy  pod budą śpiącego psa, czeka, aż ktoś zobaczy w nim mruczącego, puszystego kotka, który kryje się pod potarganą sierścią i kulawą nogą. Uśmiechając się do niego zawoła „kici-kici”, pogłaszcze go i da miskę mleka. Ona tak samo- zbliżając się do ludzi, wypatruje kogoś, kto zauważy w niej zwykłego homo sapiens. Cóż, miliony ludzi cierpi jednak na ślepotę.

***

    Dorota to uśmiechnięta dziewczyna, która ma w sobie dużo miłości. Kiedy jej mama dłużej nie wraca ze sklepu do domu, siedzi przy oknie wyglądając znajomej jasnej kurtki. A kiedy ta zabłyśnie na drodze, wyskakuje na dwór i tuli mamę z całych sił, wytrącając jej zakupy z rąk. Jednak ceni nie tylko najbliższych. Uwielbia cały świat za to, że wstaje słońce lub pada deszcz, tańczy wtedy walca z powietrzem kręcąc się w kałuży tak szybko, że do kaloszy nalewa się woda, ale jej to ani trochę nie przeszkadza, bo dlaczego woda nie mogłaby zamieszkać wraz z jej stopami w gumowych butach… Nie wierzy też, że istnieją ludzie całkowicie źli. Według niej wszystko da się naprawić. Ona sama przebacza dając innym setną szansę poprawy i roniąc przy tym stróżkę śliny z radości.

    Jednak wedle starej tradycji, takie ułomki jak ona potrafią rzucać czary. Wystarczy jedno spojrzenie tych małych oczek, a jego ofiara może również urodzić w przyszłości takiego odmieńca, a nawet przy tymże porodzie umrzeć. Jeśli to się nie stanie, ten przeszywający wzrok zgotował zapewne jakiś inny urok. Może być to choroba, a nawet pożar domu. Właśnie, dlatego Dorota niezaliczana jest przez „ludzi” do ludzi. Posiada takie samo spojrzenie, które charakteryzuje chorych na Zespół Downa.

 

Dzień dobry, dziewczynko

    Od 16 lat, czyli mojego urodzenia mieszkam z Dorotą w jednej wsi. Widuję ją parę razy w tygodniu. Co niedzielę jeździ do kościoła, często też spaceruje po nowo zalanej asfaltem drodze prowadzącej, na stację „Okrzeja”. Za każdym razem, kiedy mijam ją jadącą swoim czerwonym rowerem, który dostała od swojego już nieżyjącego taty, zastanawiam się czy mogę na nią spojrzeć. W czary babć nie wierzę, ale przecież wszyscy upominają, że nie wolno gapić się na dziwolągów. Podobno mamy traktować ich normalnie, więc odwracać wzroku też nie wypada. Trudno mi zachowywać się naturalnie. Odezwać się? A jeśli już to cześć, czy dzień dobry?

    Dorota oprócz tego, że cierpi na Zespół Downa, ma prawie dwa razy więcej lat niż ja- 33. Twarz dziecka z małymi oczkami i babska, dość postawna figura. Charakteryzują ją też wypukłe usta. Włosy ma zawsze obcięte na krótko, nie trzeba ich wtedy upinać i nie wpadają do zupy. Nie zwraca zbytnio uwagi na ubranie, ono ma być przede wszystkim wygodne. Tak, żeby mogła wygłupiać się ze swoimi zwierzątkami na podwórku i układać puzzle na wykładzinie w domu.

    Gdy na nią spojrzę nie mam zielonego pojęcia jakbym mogła z nią zacząć rozmowę, choć tak szczerze to chciałabym bliżej poznać jej świat. Między nami oprócz choroby jest przecież dość duża bariera pokolenia. Po 33 lata mają niektóre moje ciotki, nauczycielki w szkole lub ekspedientka w sklepie spożywczym. Mimo wszystko z „normalnymi” osobami łatwiej nawiązać kontakt. Nie miałam pomysłu na to jak przełamać barierę pokolenia z Dorotą. Los sam musiał wszystko zaaranżować.

 

Biały, chiński podkoszulek

  Minionego lata, co rano widywałam Dorotę jadącą ścieżką na czerwonym rowerze obok mojego domu. Zawsze miała na sobie chiński, biały podkoszulek i skórzany pasek zapięty na wystającym brzuchu. Codziennie zastanawiałam się, dokąd ona tak zmierza.

  Dowiedziałam się tego 13 sierpnia, kiedy pan Janek- gospodarz, który ma dużo truskawek i malin poprosił mnie, abym pomogła mu przez parę dni przy ich zbiorze. Rano szybko założyłam biały podkoszulek, pasek na łubianki i poszłam na pole.

  Tam, wśród krzaków pełnych dojrzałych malin zobaczyłam uśmiechniętą Dorotę, mającą w malutkiej ręce pełno malin. Dorota, oprócz zbierania owoców, pomagała też wszystkim znosić pełne łubianki, przynosiła wodę. Była ulubienicą pana Janka. Zawsze się do niej uśmiechając rzucał jej garść malin do łubianki.

  Widziałam też, że Dorota chce nawiązać ze mną kontakt. Jej spojrzenie biegło ciągle przez zielone gałązki malin na mnie. Byłam na tyle przestraszona, że po prostu ignorowałam wszelkie jej próby nawiązania rozmowy.

  -Chce wodyyy?- przeciągnęła, dość dziwacznie się przy tym uśmiechając.

  -Nie, dzięki- urwałam rozmowę. Lepiej tak niż powiedzieć coś głupiego, bo w końcu jak rozmawiać z dorosłym dzieckiem, któremu na dodatek od czasu do czasu płynie stróżka śliny z ciągle otwartej buzi?

  Miałam dużo czasu by się jej przyjrzeć. Parę razy zostałam też z nią sam na sam. Coraz bardziej przekonywałam się, że choć chora i starsza jest podobna do mnie. Lubiła być chwalona, swoje łubianki zawsze stawiała na samym środku, aby każdy zauważył, ile uzbierała. Kiedy miała zły humor, wystarczyła kanapka z wędliną, to ją właśnie lubiła jeść najbardziej. Biernie, ale brałam udział w jej poznawaniu.

                                                         

Cukierkowa dziewczynka

    W ostatnim dniu zbierania malin, zerwaliśmy 150 kg. Na dworze było już dość zimno. Wszyscy mieli na sobie ciepłe bluzy i płaszcze przeciwdeszczowe, bo co rusz przechodziły mżawki. Po pracy siedzieliśmy przy herbacie u gospodarza, susząc ubrania. Dorota też tam była. Jadła cukierki, którymi częstował pan Janek. „Cukierkowa dziewczynka”- mówił o niej. Najpierw poczęstowała wszystkich, potem po kolei próbowała wszystkich smaków. Bakaliowy- to on jej posmakował najbardziej. Ja postanowiłam się stamtąd wymknąć wcześniej. Po cichu odstawiłam pustą szklankę i ruszyłam w stronę domu. Szłam drogą pstrykając coś w telefonie, kiedy usłyszałam lekkie sapanie i tupot. Pomyślałam, że to wilczur pana Janka, który tylko z wyglądu jest groźny. Nie zmieniając tempa czekałam aż mnie dogoni. Kiedy za plecami usłyszałam moje zniekształcone imię- brzmiało „Małta”, zamiast Marta byłam zdezorientowana. Sekundę potem mała ręka spoczęła na moim ramieniu. Przestraszyłam się, a moje serce zaczęło tłuc się po całej klatce piersiowej.

    -Nie wzięłaś cukierka- Dorota uśmiechnęła się pokazując żółte zęby. Słowo daję, że miałam ochotę uciec, ale po głębokim oddechu wybełkotałam prawie jak i ona „yydzięękujęę”. Na to Dorota zaczęła mnie ściskać. Tuliła się do mojej zimnej szyi jakbym była jej dobrą koleżanką. Nie patrzyła na to, że jestem tyle młodsza od niej, zachowywała się spontanicznie. Poza tym zauważyła, że nie wzięłam cukierka, kiedy wyszłam i przede wszystkim, że nie wiem jak mam się do niej odezwać. Zaprzeczyłam wtedy wszystkim stereotypom, które słyszałam na jej temat. Nie była żadnym starym dziwolągiem tylko dziewczyną z duszą inteligentnej nastolatki. Gdy pierwsza zaproponowała, żebyśmy się poznały bliżej, obiecałam ją odwiedzić.

           

A,a,a - kotki dwa, szare, bure….

  Siedząc u Doroty w domu, dowiedziałam się, że tak jak ja prenumeruje „Twista”, którego czyta jej młodsza siostra. Ma w domu koty i psy. Daje im jeść; rano mówi dzień dobry, a wieczorem śpiewa kołysankę na dobranoc. Chodziła też do szkoły w Siedlcach. Do dziś ma małe pamiątki z papieru, które tam robili, nie licząc stosu dyplomów otrzymanych za pomoc, bo uwielbiała pomagać innym -paniom kucharkom w przygotowaniu jedzenia, zmywaniu, czy wychowawczyniom w sprzątaniu świetlicy.

***

  Bariera pokoleń jest czasem tylko pozorna. 17 lat różnicy, a przy tym nieprzewidywalny Zespół Downa wydaje się nie do pokonania. A ja do dziś żałuję, że okazałam się taka mało otwarta na nowe znajomości, iż przypadek losu musiał sprawić, że poznałam w końcu tak wspaniałą osobę, jaką jest Dorota. Hm, a może to wcale nie przypadek tylko zwykły chichot losu.

 

Camp Rock dla downów

    Od 27 października do dzisiaj- 3 listopada zajęło nam układanie 300 elementowych puzzli. Dorota jak zwykle musiała wcisnąć ostatni element, a po tym podskoczyła z radości wykrzykując na cały dom: ”Huuura”. Puzzle przedstawiają głównych bohaterów filmu Camp Rock, który leci zazwyczaj na Disney Chanel. Dorota zna ich wszystkich wraz z angielskimi piosenkami. Najbardziej podoba jej się ta Nicka Jonasa „Introducing me”, co po Polsku znaczy „Poznaj mnie”. Poznajmy, więc takie osoby jak Dorota, które zupełnie jak my mają zainteresowania, ulubione potrawy i choć niewielkie- życiowe pasje. Jeśli chodzi o różnice miedzy nimi, a zwykłymi ludźmi…Tak, są. Osoby chore na Zespół Downa traktują wszystkich równo i przede wszystkim z szacunkiem. Po za tym zawsze bezinteresownie kochają i cieszą się tobą, a nie tym, co masz. I jeszcze jedno- dla nich nie ma rzeczy niemożliwych.

 *do nadania takiego tytułu mojej pracy zainspirowała mnie książka Hanki Lemańskiej


Początek strony