Menu

JAKUB PRZYBYSZ
Wyróżnienie w V Edycji Wojewódzkiego Konkursu „Zawód Reporter” organizowanego przez Powiatowy Młodzieżowy Dom Kultury w Lubartowie pod patronatem Lubelskiego Kuratora Oświaty i Gazety Wyborczej - kategoria szkoły ponadgimnazjalne - reportaż literacki.

 HISTORIA PANI SOMMER

     W czasach, kiedy nie rosły jeszcze drzewa, na które wdrapywałem się w dzieciństwie, urodził się w Łukowie chłopiec. I wcale nie był niezwykły, przeciwnie - był zwyczajny.Dano mu na imię Stasio - jak wielu chłopcom  urodzonym w ’28 roku. Kiedy był głodny - płakał, jak każdy maluch. Gdy podrósł - razem z innymi Stasiami biegał za piłką. Czasem też z upodobaniem wykradał cukier z kredensu i zlizywał go z obślinionego palca. Krótko mówiąc - był jak każdy. I jak każdy chłopiec, w chwilach znudzenia brał do ręki kij. Ot, kijek. Patyk. I… Po cichutku, na paluszkach… Szast! - patykiem w piasek! Klap! Piasek bryzgał, wystraszony kot bryzgał, Stasio się cieszył. Dumny z siebie gładził piasek i rysował, rysował…


...CZAPKI…

   To wszystko przez tego Piłsudskiego! O jego śmierci i pogrzebie mówiło się wszędzie. Stasio nie w pełni rozumiał kim był ten uzbrojony w czapkę Pan, który spoglądał na niego z ulicznych plakatów. Jednak z bujnymi wąsami i w czapce prezentował się nadzwyczaj godnie. Dostojeństwo Pana oczarowało Stasia. Chciał być jak On! Zapuścić wąsy nie było łatwo, zwłaszcza, gdy miało się siedem lat… Ale o czapce można było marzyć, wzdychać do niej, rysować. Próba uszycia czapki ze starego (i z pozoru bezużytecznego) płaszcza dziadka, nie spotkała się z aprobatą rodziców. Stasio jednak nie przestawał snuć wyobrażeń, rysować, projektować. Za namową stryja, po ukończeniu szkoły podstawowej podjął naukę w szkole rzemieślniczej w Kaliszu.


UCZYŁ SIĘ CZAPNICTWA.

   Trwała wtedy wojna. Po lekcjach, razem z kolegami,spotykali się w piwnicy jednej z kamienic. Szyli zimowe czapki dla harcerzy. Wykonywali je według wzorca, ważna była ilość. Zetknięcie się z produkcją nauczyło ich pracować sprawnie, ciąć materiał oszczędnie. Zajęcie wymagało cierpliwości. Po kilku godzinach siedzenia, Staśka zaczynało nosić. Na ulicach nie było bezpiecznie. Chodził z przymrużonymi powiekami po pokoju. Kiedy koledzy śmiali się, że „lata, jak kot z pęcherzem” mówił, że to „w obronie wolności”. Chodził, chodził, wojna się skończyła, skończył szkołę. Uzyskał tytułu czeladnika i podjął praktykę w zakładzie czapniczym w Warszawie. Pracował tam kilka lat, jednak czuł, że machinalne szycie z wzoru to nie jego powołanie. Wrócił do Łukowa, rozpoczął pracę nad swoimi własnymi projektami. Otworzył też własną pracownię i sklep, który dzisiaj jest nieodłącznym elementem łukowskiego krajobrazu. „Potrafił kroić materiał i szyć do późna w nocy.”- mówi żona pana Stanisława. „Warsztat był jego prywatnym królestwem. Często praca pochłaniała go bez reszty. Kiedy robił przerwy, wychodził na spacer. Szedł przez miasto, patrzył na twarze i już wiedział, jakie czapki będą do nich pasowały, jakie czapki szyć!”-wspomina.  Jej szarobłękitne oczy roziskrzyły się.  „Kiedy kupił nowy materiał rozkładał go na stole, przez chwilę popatrzył i wiedział jaki fason będzie odpowiedni dla tego koloru i rodzaju materiału!

 
A SZYŁ ZE WSZYSTKIEGO,

    …nawet ze skóry i włochatych futer. Doszywał dla ozdoby guziczki, pomponiki, haftowane tarcze. On szył, a ja mu te tarcze haftowałam.” - opowiada. „ Kiedy uszył coś nowego wołał: chodź, Krychna, przymierzysz! Ja zakładałam czapkę, on spojrzał, uściskał mnie, ucałował i pracował dalej” - śmieje się.

Oglądam zdjęcie, które pani Krystyna wyciągnęła spod lady. W centrum czarno-białego pozytywu znajduje się obłożony różnymi nakryciami głowy stół, z lewej widać dwie ręce mężczyzny. Reszta jego ciała rozpływa się w sklepie, w przestrzeni poza zdjęciem.


BY NASYCIĆ DUSZĘ

    „Patrzył na swoje prace krytycznie, kilka razy poprawiał. Ale dla niego czapnictwo było tworzeniem sztuki. Wkładał w każdą czapkę  dużo serca, nie zadowalał się byleczym. Dopiero kiedy skończył, mógł odetchnąć z ulgą.Miał swoje perełki, z których wydawał się być dumny. Kiedy sprzedał większość czapek, czuł się doceniony. Miał wtedy więcej siły, żeby szyć. A zdolny był…! Ale nie chciał się dalej uczyć, studiować. Wolał pracować. Precyzyjnie i zręcznie kroił materiał i energicznie zszywał. Chciał czuć, że ludziom potrzebne jest to, co robi. I cieszył się, kiedy w czasie spaceru widziałna ulicy swoje czapki. Każdą rozpoznawał.” - mówi kobieta. Uśmiecha się przyjaźnie, poprawiając na piersiach ażurowy sweterek koloru listopadowej trawy. Dookoła niej poukładane są czapki w różnych kolorach. Jedna obok drugiej,  niekiedy piętrowo albo założone na plastikowe i ceramiczne głowy milczących modelek. Ściany tej małej galaktyki obite są drewnianą boazerią. W powietrzu czuć wspomnienia szumiących sosen.


PIĘKNE SNY

    Pani Krystyna pokazuje rysunek oprawiony w ramkę. Śmieje się do rozmytych konturów fikuśnej czapki, która wynurza się z kartki. „Syn bardzo lubił patrzeć na ojca podczas pracy. Razem projektowali. Staszek sadzał go na swoim kolanie i razem tworzyli. Ja też często przyglądałam się mężowi. Ciął materiał zręcznie, ostrożnie wbijał igłę i zamaszyście za nią pociągał. Niewiele wtedy mówił, był bardzo skupiony.” Pani Krystyna z zapałem opowiada o pracy męża. Nitki ubywało szybko, zostawiała po sobie wyraźną ścieżkę, jakby ją ktoś gonił. Pan Stanisław  nieznacznie uśmiechał się do na wpół skończonych prac, jeśli przeczuwał, że były dobre. Momentami wydawało się, że uciekł, był w innym świecie…

„Miał dobre oko do szycia, dobry gust. Czapki sprzedawały się jak świeże bułeczki. A kiedy jedliśmy chleb  mówił, że jest szczęśliwy, bo jego praca nie tylko go cieszy, ale pozwala utrzymać rodzinę. Wiele się od niego nauczyłam, nie tylko czapnictwa. Całe życie poświęcił temu rzemiosłu, temu sklepowi. Wszystko tutaj mi go przypomina. A to już dziesięć lat, od kiedy umarł.”


PAN SOMMER

  „Pokazał mi jak bardzo można być oddanym pracy, którą się kocha.I ja tę pracę pokochałam, bo kochałam jego.Przez wiele lat byłam urzędniczką, teraz opiekuję się sklepem. Bo on jakby jest w tym sklepie, wciąż żywy. Skończył się zbyt szybko, trudno było dotrzymać mu kroku. Był mi bardzo bliski, ale ciągle trochę z boku, trochę nieuchwytny. Nigdy nie zapomniał o wojnie, o tej kamienicy w której miał pierwszy warsztat. Zbombardowali ją Niemcy chwilę po tym, jak z niej wyszedł. Zginęli tam jego przyjaciele. Często przypominał sobie to bombardowanie we śnie, wydawało mu się, że jest w środku. Chciał zapomnieć o tym zdarzeniu, kiedy otarł się o śmierć. Właściwie przez całe życie uciekał przed tym snem, przed tą wyśnioną śmiercią.”
 


Początek strony